Jej twórczość jest nieuchwytna i trudna do zdefiniowania, jako że porusza wiele wątków dotyczących życia współczesnego człowieka takich jak: samotność, poczucie izolacji, przemijalność czy pustka. Co więcej, zdecydowana większość jej prac ogranicza się do jednego tylko motywu: sukienek bez ciała – magicznych sukienek tutu. Prostota i uniwersalizm jej prac stwarzają pole szerokiej interpretacji jej twórczości zgodnie z naszymi doświadczeniami, wyobrażeniami i emocjami. Mówi się, że w otaczającej nas rzeczywistości i w drugim człowieku widzimy to, co już jest w nas… Co ja widzę wpatrując się w obrazy artystki? Ja widzę – możliwości, rzetelność i przekonanie, że pustkę może wypełnić człowiek SAM poprzez odkrycie swojej pasji, także takiej pisanej malutkimi literkami. I jak kiedyś powiedział jeden mój znajomy – „A życie udowodni Ci, że miałeś rację…” Zapraszam dziś na rozmowę z wszechstronnie utalentowaną artystką – malarką, kostiumografem, dekoratorem i projektantem – Ewą Bathelier.

Zahyrra: Na początek nie mogę Cię nie zapytać o jeden z moich ulubionych filmów, czyli o film „Czarny Łabędź”. Która ze scen wciąż budzi w Tobie największe emocje i dlaczego?

Ewa Bathelier: Nie mogę zapomnieć sceny z wyrastającymi skrzydłami. Było w niej tyle realizmu, fantazji oraz siły… Film ten jest niezwykle malarski, doskonały technicznie i bardzo przejmujący. ”Black swan” – tak też nazwałam jeden z moich obrazów.

Z: Balet nas zachwyca, urzeka i wzrusza, ale na ten efekt końcowy składa się, oprócz talentu oczywiście, ciężka, ciężka praca… Które ze słów jest Ci bliższe – ciężka praca, równowaga czy perfekcjonizm? Dlaczego? A może jeszcze coś innego…?

EB: Równowaga, co po francusku powiedziałabym „harmonie”, jest bardzo ważna w sztuce i nie ma nic wspólnego z pracą czy perfekcjonizmem. Jest to sposób organizacji przestrzeni, obrazu, proporcji, co można porównać do konstrukcji architektonicznej, mimo, że pozornie może się wydawać, że malarstwo i architektura nie mają ze sobą aż tak dużo wspólnego.

Z: Ukończyłaś studia medyczne. Jak to się stało, że stałaś się artystką – malarką tworzącą we Francji?

EW: Medycyna była dla rodziców, obojga lekarzy, a sztuka dla mnie (śmiech). Równolegle ze studiami medycznymi uprawiałam rysunek, malarstwo, sztukę plakatu i architekturę wnętrz. Kiedy znalazłam sie we Francji, okazało się, że polski dyplom ukończenia wyższej szkoły medycznej nie był uznawany za równorzędny wobec analogicznej uczelni francuskiej oraz nie dawał prawa do wykonywania zawodu na terenie Francji. Miałam więc wymówkę poświęcając sie całkowicie sztuce.

Z: Jaki był przełomowy moment w Twojej karierze?

EW: Było ich kilka, ale jeden sprawił, że zaczęłam malować suknie. Mianowicie w połowie lat dziewięćdziesiątych zostałam zaproszona przez Waltera Asmusa – reżysera teatralnego i asystenta Samuela Becketta – do zrobienia scenografii i kostiumów do kilku sztuk właśnie Samuela Becketta w międzynarodowej produkcji w Krakowie. Przygotowałam wtedy kostiumy dla trzech aktorek Starego Teatru, które były wykonane z malarskiego płótna oraz pokryte pigmentami i medium, których zazwyczaj używałam do malowania obrazów. Powstałe w mojej pracowni suknie, kapelusze oraz buty „grały i zagrały” w sztuce pod tytułem: „Come and go” w Krakowie oraz wielu innych miastach świata, a ja… zaczęłam deklinować suknie w niekończącej się serii malarskiej.

Z: A teraz trochę przekorne pytanie: jeżeli powiem, że jesteś artystką jednego obrazu to będzie to komplement czy nietakt z mojej strony?

EW: Hmmmm…. Wybaczam Ci (śmiech), bo rzeczywiście dominuje ten temat, ale z serii kostiumów zrobiłam i robię także kimona i bluzy, a w poprzedzającej „epoce” malowałam także inne rzeczy, jak na przykład dużą serię obrazów: „Człowiek, który idzie” albo „Pustynie i ogrody”.

Z: Co konkretnie daje Ci impuls do namalowania kolejnego obrazu?

EW: Każdy obraz to inna historia, jakbym zaczynała wszystko od nowa, jakbym zdobywała nowy szczyt górski, ale bez specjalnych przygotowań, po prostu – akcja. Uwielbiam ten stan odczepienia się od rzeczywistości i jestem od niego kompletnie uzależniona. Przed zbliżającym sie terminem wystawy impuls staje sie oczywiście silniejszy i bardziej konkretny.

Z: Jakie emocje i doświadczenia były ważne na początku Twojej drogi artystycznej a jakie teraz? Jak zmienia się Twój styl?

EW: Na początku bardzo dużo eksperymentowałam; używałam rożnych materiałów takich jak na przykład: metale, kamienie czy drewno na równi z lnianym płótnem, które następnie przybijałam do ciężkich blejtramów. Od około ośmiu lat pracuje na lekkich i wolnych od jakichkolwiek ram materiałach. Maluje bardzo duże formaty i mój gest w związku z tym nabrał większego rozmachu.. Uwielbiam to poczucie swobody.

Z: Czy cykl obrazów przedstawiających kimona rozpoczyna jakiś nowy etap w Twoim zawodowym życiu?

EW: Pierwsza seria Kimon powstała na wystawę w Bolonii w 2010 roku. Wernisaż ten był dużym wydarzeniem Artefiera. Wracam do kimon, czasami.

Z: Zaskoczyłaś mnie mówiąc, że projektujesz także meble – opowiedz więcej o tych projektach.

EW: Zrobiłam wiele projektów mebli, a nawet całe wnętrza. Uwielbiam to i traktuje je tak jak moje obrazy i instalacje. A wracając do pojęcia równowagi, o której mówiłam wcześniej – pracując nad tymi projektami doszłam do wniosku, że bardzo interesująca jest dla mnie gra linii skośnych, które mogą wspaniale powiększać wnętrza, wizualnie stwarzając wrażenie ciekawej perspektywy.

Z: Co znaczy dla Ciebie pasja? Czy Twoim zdaniem perfekcjonizm sprzyja pasji?

EW: Nie chce używać sformułowań patetycznych. Po prostu, albo się coś lubi robić albo nie; czasami się to kocha!

Z: Dziękuję za rozmowę.

Więcej prac Ewy Bathelier możecie zobaczyć na stronie artystki: https://www.facebook.com/ewa.bathelier?ref=tn_tnmn

Ewa_Bathelier_2 12029749_10206792511785451_799371673294878077_o