Pod intrygująca nazwą ESTby ES. kryje się polska marka odzieżowa, której twórcą i projektantem jest Gosia Sobiczewska. Marka dedykowana jest do kobiet, które cenią sobie wygodę i funkcjonalność, nowoczesny krój, jakość wykonania, ale również pewną tajemnicę ukrytą w subtelnych detalach. Projekty marki ESTby ES. to propozycja dla kobiet w każdym wieku, które pragną mieć pewność, że bez względu na porę dnia, będą wyglądać młodo, świeżo, elegancko i naturalnie.

Jakość i oryginalność pomysłów przyniosła projektantce wiele wyróżnień takich jak: nagrodę za najlepszą sesję wizerunkową 2013 według magazynu KMAG, nagrodę magazynu Grazia za produkt roku, czy pokaz w Pekinie w ramach Cruetly Free oraz trzecie miejsce w konkursie HUSH Selected #BEGIN DESIRE w 2015r. Zapraszam na rozmowę z projektantką i twórcą marki – Gosią Sobiczewską.

Zahyrra: Czy optymizmu można się nauczyć?

Gosia Sobiczewska: Jak najbardziej (śmiech)!

Z: Zadałam to pytanie, ponieważ przygotowując się do naszej rozmowy przejrzałam wszystkie publikacje na Twój temat, w tym cytowane wypowiedzi i tak oto zbudowałam sobie Twój obraz, jako osoby życzliwej i optymistycznej. Dbasz o swój wizerunek w mediach?

GS: Ojej, to brzmi tak poważnie – dbanie o wizerunek w mediach – zupełnie to do mnie nie pasuje. Moim marzeniem byłoby funkcjonować jak niegdyś Martin Margiella, którego nie widywano i nie znano. Ale tak to nie działa – trzeba czasem wyjść z cienia pracowni i pomachać do ludzi, do świata (śmiech).

Z: Profesor Martin Seligman właśnie jedną ze swoich książek zatytułował tezą, że „Optymizmu można się nauczyć”. W swojej publikacji wskazuje, że sposób, w jaki tłumaczymy sobie nasze własne niepowodzenia decyduje, czy jesteśmy optymistami czy pesymistami i jak w konsekwencji układa nam się życie. W jaki sposób Ty tłumaczysz sobie niepowodzenia?

GS: Traktuję je, jako testy wytrzymałościowe (śmiech). Dla mnie są to takie próby, albo czasem nawet egzaminy dojrzałości (śmiech). Bywa, że zdaje się je doskonale, albo trochę gorzej. I co ciekawe: im szybciej po każdym takim niepowodzeniu powiemy sobie, że „dobrze się stało”, tym szybciej tak się faktycznie dzieje. Jeśli w niepowodzeniu widzi się szansę na nowe – to ta szansa prędzej czy później przychodzi. Z takim podejściem można się urodzić lub je w sobie wypracować. Choć szczypta zdrowego pesymizmu też nie zaszkodzi – ona tylko wyostrza smak.

Z: Powiedziałaś, że masz słabość do stabilnych zmian – czyli?

GS: Zmiana jest paliwem życia, a przede wszystkim tworzenia. Projektuję głównie zmieniając otoczenia, przemieszczając się – to mnie najbardziej inspiruje. Ale wszystkie te zmiany muszą odbywać się na platformie mojej stabilizacji. Czyli tego, co wiem, jakie jest i gdzie ma swoje granice. Uwielbiam zmieniać miejsce pobytu, ale tylko na chwilę i kiedy ta „chwila” mija, znów marzę o paru dniach spędzonych w domu, w totalnej ciszy, by potem znów ruszyć dalej.

Z: Czy optymizm wywołuje zmiany i sprzyja zmianom?

GS: Tak. Optymizm jest otwarciem, gotowością na nowe. Optymizm to dobra energia, która przyciąga rzeczy, miejsce, zdarzenia, szanse, możliwości i ludzi. Naprawdę! Optymizm upuszcza powietrze z balonów różnych stanów emocjonalnych: stresu, nerwów, kłótni albo pychy czy dumy. Ważne jest również to, aby otaczać się optymistami; by byli blisko nas.

Z: Patrząc na Twoje projekty, przypomniałam sobie jak kiedyś postanowiłam nauczyć się malować kroplę wody, aby uzyskać naturalny efekt porannej rosy (śmiech). I udało się, chociaż osiągnięcie efektu, na jakim mi zależało, zajęło mi trochę czasu… (śmiech)! Zastanawiam się, czy ktoś, kto, na co dzień nie zajmuje się modą, produkcją ubrań jest w stanie docenić Twoje pomysły na drapowania, zaskakujące cięcia, wykończenia i inne detale widoczne, tak naprawdę dopiero z bliska?

GS: Czuję, że tak jest. Klient widzi lub czuje jakaś różnicę. I to „jakąś” może oznaczać wszystko. W przepisie na projekt jest wiele składników: materiał, proporcje, technologia oraz wykończenie. One tworzą całość, dzięki której mamy na przykład nową wersję małej czarnej czy białej koszuli. I wybieramy tę, w której najlepiej się czujemy. Jestem właśnie po dwóch niesamowicie inspirujących dniach spędzonych na targach HUSH Warsaw. Inspirujących i pracowitych! Dla mnie było to przede wszystkim fenomenalne spotkanie z klientkami! Blisko 70% z nich nie znało marki, a przyciągnęły je po prostu ubrania. I tak dokładnie ma być! Bo chodzi o ubrania – tylko i aż. Co je przyciągnęło? Materiał i krój. Może zauważyły, że „coś jest nie tak z tym kołnierzykiem” – jest niby taki sam, ale inny… Podczas targów panie przychodziły, przymierzały i kupowały. Najpiękniejszy komplement, który usłyszałam od klientki wracającej z przymierzali brzmiał: „niestety wszystko dobre” (śmiech).

Z: Dlaczego sposób, w jaki się ubieramy, jest Twoim zdaniem, tak ważny?

GS: Ostatnio miałam interesującą rozmowę z moim sąsiadem – przy śmietniku oczywiście (śmiech). Jest dziennikarzem, który lubi poznać nowe rzeczy, ludzi oraz zdarzenia. Mówi do mnie: Gosia, o co chodzi w tej modzie? Ja się na niej nie znam. Myślę, że nie chodzi to by być ekspertem w dziedzinie mody i sama nie chciałabym wynosić jej na piedestał pierwszych potrzeb, ale nie zmienimy tego, że nasz zmysł wzroku najszybciej odbiera określone komunikaty z otoczenia. Nie będę również cytować wszystkich mądrych zdań o roli ubioru, tylko podam kilka przykładów. Ostatnio byłam na pewnym oficjalnym spotkaniu biznesowym, w którym brało udział kilkanaście osób. Nie było czasu na oficjalne przedstawianie wszystkich uczestników przed spotkaniem. Siłą rzeczy próbowałam zorientować się, kto jest szefem agencji, kto zajmuje się produkcją, a kto działem kreacji. Przyglądałam się i zgadywałam… po ubiorze, po jego kodach. Inny przykład: w poszukiwaniu nowych materiałów odwiedzam rożnych producentów. Jeansy, sportowe buty i bluzy sprawiały, że często byłam traktowana jak studentka, która przygotowuje swoją kolekcję dyplomową. Oczywiście – biorąc pod uwagę, że szkołę ukończyłam kilka lat temu – pochlebiał mi ten fakt, ale nie wtedy, gdy zależało mi na nawiązaniu kontaktów handlowych. Nie traktowano mnie poważnie. Do czasu, gdy do mojego ulubionego producenta przybyłam w pełnym make-up’ie, eleganckiej sukience i butach na obcasie. Po 5 minutach siedziałam w sali konferencyjnej popijając kawkę jako bruderszaft. I tak oto awansowałam na klienta (śmiech).

Z: Szukając rozwiązań na realizację pomysłów, nie tracisz motywacji?

GS: Tracę, pytanie tylko na jak długo… Proces twórczy jest dość długi, bywa żmudny, męczący, depresyjny – tym bardziej, że dotyczy nie tylko samej kreacji, ale i technologicznych rozwiązań. Nie chodzi tylko o tak zwaną „wenę twórczą”, ale bardziej o sam proces podejmowania decyzji oraz analizowanie zależności. Jest w tym dużo matematyki, strategii, układania puzzli. Wszystkie nowe pomysły sama muszę przetestować tak, by potem odpowiednio przekazać je do realizacji w pracowni; muszę wiedzieć, że działają, że się sprawdzają w praktyce. Ważne jest to, by nie poddawać się zwątpieniu i działać. Los bywa dla mnie łaskawy, bo gdy okres oczekiwania niebezpiecznie się przedłuża, przychodzi jakaś „turbo” informacja i znów wracam do gry (śmiech).

Z: A czy zdarzyło Ci się, że jednak nie osiągnęłaś zamierzonego rezultatu?

GS: Bardzo często. I przyjmuję to z pokorą. Trudno – widocznie cel nie był „na teraz”. Wierzę, że w tym momencie „coś” nie jest dla mnie. Po prostu, plan Boży jest inni i poznam go w odpowiednim momencie. W biznesie trzeba być cierpliwym – i tak właśnie staram się działać. W realizacji projektów tylko kilka procent osiąga światło dzienne. Najbardziej szkoda mi sukienki, której konstrukcja przyśniła mi się w nocy – chodziło o nabicie materiału na ciało, tak jak prowadzi się igłę stebnującą materiał. Pomysł był o tyle sprytny, że całość składała się z dwóch, odpowiednio wyciętych kawałków, które były połączone jednym szwem. Powstawała w ten sposób zgrabna forma. Niestety, mimo odszycia wielu wzorów, prób uproszczenia – model okazał się zbyt trudny i zbyt kosztowny w produkcji, a efekt nie był aż tak imponujący jakbym tego oczekiwała. Hmmm… – kiedyś wrócę do tego pomysłu i lepiej go rozpracuję (śmiech).

Z: Jak narodził się pomysł zrealizowania sesji promującej kolekcję SS 2015 w zakładzie tkackim. Był to przypadek czy celowy wybór? Ja odczytałam to, jako ukłon wobec polskich tkanin i polskich wykonawców – rzemieślników i nawet, jeśli był to przypadek to pomysł fantastyczny!

GS: Przede wszystkim sesja udała się dzięki znakomitej pracy producenckiej i artystycznej. I jest jak najbardziej ukłonem wobec polskich materiałów, z których głównie produkujemy oraz hołdem złożonym miejscom zapomnianym. A dla mnie osobiście jest także powrotem do moich początków… Jestem absolwentką klasy o profilu biologiczno-chemicznym, zatem moi koledzy po maturze wybierali takie kierunki studiów jak: farmacja, stomatologia lub medycyna ogólna. Mój wybór był – cóż…, nieco abstrakcyjny – Akademia Sztuk Pięknych. Pytano: a co robisz na tych studiach, będziesz krawcową, będziesz szyła? Z uporem powtarzałam i podkreślałam, że będę projektantką, a nie krawcową. Nawet przez pewien czas postanowiłam nie przyznawać się do swoich krawieckich umiejętności, by podkreślić artystyczny walor zawodu. Dziś jest inaczej. Uważam, że znajomość rzemiosła szycia jest wręcz niezbędna w procesie projektowania.  Pamiętam doskonale moje początki i moją naukę szycia krok po kroku: pierwsze próby i poszukiwana, które miały i mają nadal wpływ na moją pracę. Co więcej… – z wielu „patentów” korzystam do dziś (śmiech). Na przykład moje zamiłowanie do wykańczania plisami, powstało z niechęci do wyrzucania wąskich kawałków materiałów. Dziś znakiem rozpoznawczym ESTby ES. są wykończenia z elastycznych plis z siatki. W czasie studiów najwięcej pracowałam właśnie z dzianinami, ale nie miałam specjalistycznych maszyn do ich wykańczania. Moim hitem było wówczas wykorzystanie ozdobnego ściegu: trójskokowego zygzaka, który łączył funkcjonalność z wyglądem. Pamiętam również, że na początku mocno nudziło mnie robienie konstrukcji, więc pracowałam układając dzianinę bezpośrednio na manekinie. To były czasy! Dziś raczej zaczynam pracę od papieru i konstrukcji, nawet narysowanej „z ręki”. Każdy nowy materiał to dla mnie wyzwanie; nowa zagadka do rozwiązania. Szukałam i nadal szukam „prostych komplikacji”. Dlatego rzemiosło tak i z dumną dziś o tym mówię. A decyzja, aby zrealizować sesję zdjęciową w zakładzie tkackim nie była przypadkowa. Podkreśla to, na czym między innymi buduję swoją markę, czyli polskie rzemiosło i materiały.

Z: Nad czym teraz pracujesz? Kiedy zobaczymy nową kolekcję?

GS: Jestem właśnie przed wyjazdem na targi do Berlina z kolekcją lato 2016. Pracuję, zatem, aby się opanować i nie dorabiać kolejnych wzorów (śmiech). Dam radę! Natomiast sierpień, to oczywiście jesienno-zimowe premiery…

Z: Dziękuję za rozmowę.

Kolekcje Gosi Sobiczewskiej możecie znaleźć na stronie projektantki:http://estbyes.com/

Sesję kolekcji na sezon-wiosna lato 2015 roku, którą możecie obejrzeć na zdjęciach poniżej przygotowali profesjonaliści tacy jak: Fotograf – Zuza Krajewska; Dyrektor Artystyczny / Stylista – Robert Kiełb; Make up – Sylwia Rakowska ; Hair: Gor Duryan; w roli modelek wystąpiły: Weronika Leśniak (D’vision), Julia Suszfalak (Gaga) oraz Alicja Kierczak (KOYA).

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

Zahyrra_Gosia_Sobiczewska_1 Zahyrra_Gosia_Sobiczewska_2 Zahyrra_Gosia_Sobiczewska_3