Zaczęło się od polskich i węgierskich strojów ludowych, bogatych haftów i kolorów. Tak powstała kolekcja Origins, czyli początki, narodziny, źródło. Chodziło o uchwycenie tego skąd się wywodzimy; naszej kultury i jej dziedzictwa – mówi projektantka. Zauważyłam studiując stroje ludowe, iż mimo ogromnego zróżnicowania, pewne elementy są bardzo podobne do siebie, niezależnie od szerokości geograficznej, a sposób ujmowania i przedstawiania przyrody, jej elementów roślinnych czy zwierzęcych jest uniwersalny w każdej kulturze – dodaje. Kolekcję Nostalgia zdobi haft krzyżykowy jeden z najstarszych form dekorowania tkanin, który można spotkać w wielu krajach na świecie. W tym wzorze chciałam uchwycić nostalgię minionych czasów i piękno naturalnego surowca. Udało mi się techniką żakardu oddać efekt i piękno haftu krzyżykowego. Wzór jest prosty, klasyczny oraz elegancki – nawiązujący do czasów, w których nasze babcie i prababcie krochmaliły jeszcze obrusy… – opowiada dalej.

Kolejne przepiękne kolekcje to: Medaliony inspirowane polskimi wycinankami Lelujami z Podkarpacia; zgeometryzowany i unowocześniony wzór Kurpie; Hungarica – wzór inspirowany dziewiętnastowiecznym haftem węgierskim oraz pełen kolorów i symboli indyjskich wzór India. A Afrykę czy kraje Bliskiego Wschodu możemy podziwiać w kolekcji Africana i Arabica.

Autorką tych fantastycznych luksusowych tkanin tworzonych tradycyjną techniką żakardową jest Julia Brendel-Lee, która od 15 lat mieszka i tworzy w Wielkiej Brytanii. Jej unikalne i nowoczesne tkaniny, głęboko osadzone w tradycji, której jesteśmy częścią, stale prezentowane są w magazynach wnętrzarskich takich jak; Elle Decoration, The Times, The independent, English Home, Selvedge Magazine, Good Homes, The English Home czy Homes and Interiors. Zapraszam na spotkanie z projektantką – Julią Brendel-Lee.

Zahyrra: Właśnie przeczytałam książkę Magdy Gacyk o Polakach w Dolinie Krzemowej i od razu pomyślałam o Tobie. Jednym z wątków, który pojawia się w książce to otwartość Amerykanów na nowe, często wręcz trudne do wyobrażenia pomysły, odwaga i umiejętność mówienia o swoich sukcesach w sposób naturalny. Mieszkasz w Wielkiej Brytanii już blisko 15 lat, co Tobie imponuje w Brytyjczykach? Jakie pozytywne zachowania Ty podpatrujesz?

Julia Brendel-Lee: To, co przyciąga tu tak wielu Polaków i ludzi z całego świata to szansa. Anglicy doceniają talent – są otwarci na entuzjazm i ciężką pracę. W Polsce widoczna jest tendencja do ostrej krytyki. Podczas moich studiów na ASP było to wręcz chorobliwe. Na pierwszym roku malarstwa miałam kolegę, którego obrazy niesamowicie mnie zachwycały. Niestety juz po kilku miesiącach jego nauki w pracowni, trudno było odróżnić jego prace od prac pozostałych studentów. Wszyscy malowali w stylu profesora, który prowadził tę pracownię. Tu, w UK, stawia sie na oryginalność, a krytyka jest budująca – a to bardzo ważne! Trzeba sie skupić na tym, co w nas jest dobre i to rozwijać, a nie czepiać się ułomności i nie nosić tego bagażu na plecach. Każdy ma jakiś dar. Wydaje mi się, że tu w Wielkiej Brytanii łatwiej można te talenty rozwijać. Najbardziej mi imponuje otwartość na indywidualizm. Widać to w modzie, muzyce i sztuce. Anglia jest inna, z pewnością przez fakt, iż jest wyspą, ale również, dlatego że dopuszcza do siebie ludzi z całej kuli ziemskiej, co czyni ją kulturalnie i społecznie bardziej zróżnicowaną i otwartą na to, co nowe i inne. Anglicy oprócz swojej stereotypowej oziębłości, potrafią się sami z siebie śmiać – nie wszystko jest tu na serio, a to bardzo ważne by mieć do siebie dystans. Uwielbiam angielski humor począwszy od Monthy Pythona i Stephena Frya po dyrektorkę w szkole moich dzieci (śmiech).

Z: Jakie tkaniny są modne, cenione i lubiane w UK?

JBL: Niebieskie i szare (śmiech). Kiedyś przeczytałam pracę poświeconą temu jak w odmienny sposób odbierany jest kolor w zależności od szerokości geograficznej. Tu, w Anglii widzimy wszystko przez pryzmat lekkiej szaro-niebeskawej mgiełki i w takich kolorach ludzie czują się tu komfortowo. Lubiane są lny i naturalne tkaniny. Generalnie, niestety, ludzie nie są aż tak odważni, aby eksperymentować z kolorami, dlatego też często należy im pokazać gotowy produkt – obity fotel, czy wizualizację ukazującą całe wnętrze wraz z jego możliwościami. Jest to też zadanie dla projektantów wnętrz, z którymi głównie współpracuję. To od nich zależy jak przedstawią produkt klientowi.

Z: Jak powstają Twoje tkaniny? Jak wygląda proces twórczy w Twoim przypadku?

JBL: Bardzo różnie. Na przykład moja najnowsza kolekcja przyśniła mi się, chociaż nie jest jeszcze zrealizowana. Inne natomiast powstawały w rozmaity sposób. Nie wyrosłam w erze komputerowej i w związku z tym projektuję w sposób bardziej tradycyjny – wycinam, kleje, potem skanuje i dopiero na koniec „obrabiam” to wszystko w Photoshopie. Wszystko zależy od pomysłu i pożądanego efektu. Jedna noc – tyle potrzeba było, aby przyśniła mi sie cała kolekcja, podczas gdy chińska inspiracja siedzi w mojej głowie od kilku lat, a jeszcze nic w tym kierunku nie zrobiłam. W chwili, gdy projekt jest już dopracowany i gotowy jadę z nim do mojego producenta. Tam wybieramy typ przędzy, ponieważ każda tkanina ze względu na jej zastosowanie musi mieć określone parametry. I to jest mój ulubiony etap, bo czuje sie jak dziecko w sklepie z cukierkami – tyle pięknych kolorowych nici, możliwości…, mogę tak wybierać, podpatrywać godzinami. Dlatego też najdłużej zajmuje mi podejmowanie decyzji bo możliwości są nieskończone… Wystarczy zmienić jeden splot, a już tkanina przybiera kompletnie inny wygład. Po ostatecznych ustaleniach po ok 1-2 tygodniach, przychodzą pocztą pierwsze próbki, które oglądam z bijącym sercem Po ich zatwierdzeniu, składam zamówienie na określoną ilość metrów i czekam od 3 do 6 tygodni na dostawę.

Z: Czy potrafisz jak Edison przy 10-tysięcznej próbie zrobienia żarówki powiedzieć sobie: „ok., teraz już wiem, że ten sposób nie działa, szukam dalej” (śmiech)?

JBL: Nie doszłam jeszcze do 10-tysięcznej próby i mam nadzieję, że nie bedzie takiej potrzeby, ale to rożnie bywa (śmiech). Łatwo się rozpraszam i muszę nad sobą dość dużo pracować by nie wypaść z rytmu. Przeszkoda często jest wyzwaniem do jej pokonania – czasem może mnie zatrzymać na chwile, ale jestem z reguły uparta. Kiedyś o wiele łatwiej sie poddawałam, bo wydawało mi sie, że skoro pojawia się bariera to należy zawrócić i poszukać innej drogi albo, że skoro łatwo coś mi nie przychodzi to nie jest to dla mnie. Teraz wiem, że im trudniej wyważyć drzwi, tym większa potem satysfakcja. Wiem natomiast, że w pewnych dziedzinach, jak na przykład sprzedaż, nie czuję się komfortowo. Uwielbiam spotykać ludzi i mogę swobodnie rozmawiać o tym, co robię, natomiast ciężko mi sprzedawać samą siebie. Nie potrafię namolnie dzwonić i dopominać się o spotkanie. Kiedy ktoś odmawia, nie traktuje tego personalnie, ale już nie wracam w to samo miejsce, ale szukam dalej. Myślę, że warto sobie uświadomić, że nie wszystko jesteśmy w stanie zrobić sami. Warto otoczyć się ludźmi, którzy lubią wykonywać takie zadania, których my nie lubimy, a samemu sobie odpuścić i skupić się na tym, w czym mamy talent i co przychodzi nam naturalnie.

Z: Twoje tkaniny są tworzone techniką żakardową, czy trudno ci było znaleźć rzetelny warsztat, który wykonałby Twoje wzory? Jak wyglądały początki?

JBL: Bardzo łatwo, ponieważ takich zakładów pozostało tak niewiele, że wystarczy wpisać w Google tkanina – żakard i już mamy. Pierwsza firma, do której wysłałam email odpowiedziała w przeciągu godziny. Wysłałam projekty i tego samego dnia wyznaczyliśmy dzień na spotkanie. Pozostanę tej firmie wierna, gdyż współpracuję z fantastyczną grupą ludzi, na których zawsze mogę liczyć i od których wiele się nauczyłam. Współpracuję także z zakładem żakardowym w Polsce w Żyrardowie. Niestety słynne kiedyś zakłady tkackie w Polsce już prawie zniknęły z powierzchni, a szkoda, bo Polska była do niedawna największym producentem lnu w Europie. To straszne niedopatrzenie polskiego rządu, gdyż ta dziedzina przemysłu została w Polsce zupełnie zaniedbana, wyniszczona, a zakłady wyprzedane zagranicznemu kapitałowi a następnie zlikwidowane, ponieważ stanowiły konkurencję. Bardzo przykro na to patrzeć – tym bardziej, że na Zachodzie takie same zakłady świetnie funkcjonują, a dziedziny nauki i technologii związane z tkactwem dają młodym ludziom wykształcenie i zatrudnienie. Jest tu nawet powiedziałabym moda na ‘tkaniny’.

Z: Według raportów dotyczących trendów na polskim rynku pracy zanikają tradycyjne zawody rzemieślnicze – jak to wygląda w UK?

JBL: Nie sprawdzałam, ale myślę, że tu też zanikają powoli. Na szczęście widoczna jest moda na powrót do rękodzieła! Anglicy, chyba bardziej niż jakakolwiek inna nacja, uwielbiają robótki ręczne. W Anglii jest organizowanych wiele kursów na przykład: patchworku, robienia swetrów, szycia, stolarki. Widzę, że ludzie chcą znów się nauczyć jak wykonać samemu przedmioty codziennego użytku. Szczerze mówiąc nie wiem jak to statystycznie wygląda w UK, ale skoro już są samoobsługowe kasy w supermarketach i na pocztach, to myślę, że niestety wszyscy generalnie idziemy w jednym kierunku.

Z: Na targach Decorex 2013 w Londynie, gdzie pokazałaś swoją pierwszą kolekcję tkanin okrzyknięto Cię „nowością XXI wieku” chwaląc Cię za niepowtarzalny styl oraz perfekcjonizm.

JBL: Myślę, że doceniono mój oryginalny dobór kolorów, brak przywiązania do obowiązujących trendów oraz nowoczesne podejście do tradycji, z której czerpię. Myślę, że spodobała się również moja interpretacja i dobór splotów oraz przędzy. Moja pierwsza kolekcja była przedstawiona za pomocą zdjęć w sepii, modelek ubranych w moje tkaniny. Wspaniała fotograf i moja przyjaciółka – Zoe Lloyd uchwyciła to tak, jak ja sobie to wyobrażałam. Razem spędzałyśmy około czterech dni nad każdym zdjęciem – przygotowując scenografie, szyjąc kostiumy, malując modelki itd. Przygotowanie głównego zdjęcia promującego kolekcję – zdjęcia kobiety na koniu zajęło nam cały zimny marcowy dzień, a konia i tak nie widać (śmiech). Zoe robi zdjęcia starym polaroidem, do którego film można kupić jedynie na Ebay albo w jakichś historycznych zakładach fotograficznych. Efekt nie jest do końca przewidywalny, bo chemikalia są często stare i jest to zupełnie inna praca niż ta, przy użyciu aparatów cyfrowych. To była najwspanialsza zabawa i fantastyczne doświadczenie. Wszyscy pukali się po głowie, mówiąc, że przecież takie zdjęcia w sepii nie pokazują właściwie tkanin, że musi być kolor. Ja się jednak uparłam, bo miałam wizję. Chciałam pokazać inspiracje, historię i dziedzictwo mojej kolekcji w inny sposób, niż ten, do którego jesteśmy dziś przyzwyczajeni tj. wyretuszowanych zdjęć w Photoshop’ie. Na targach wielokrotnie słyszałam: ”nareszcie coś innego, nowego” lub “to jedyne stoisko, które się wyróżnia” – a ja miałam łzy w oczach – oczywiście ze szczęścia. To doświadczenie dodało mi to dużej pewności siebie i wiary w to, że trzeba tworzyć wedle własnego instynktu i że moja intuicja miała rację.

Z: Jakie trendy Twoim zdaniem są widoczne na rynku tkanin?

JBL: Trendy…? Żeby mówić o trendach, trzeba sobie uświadomić, że większość kolekcji jest kupowanych od producentów i są to już gotowe, skończone kolekcje. Większe firmy często w ogóle nie zatrudniają własnego projektanta, a po prostu nabywają gotowe kolekcje od wytwórców, zakładów tkackich we Włoszech, Anglii, Francji, Turcji czy w Chinach. Często więc wiele firm oferuje podobny produkt – te same kolory i styl. Jest też wielu indywidualnych projektantów, którzy tworzą własne projekty oraz wzory i to zawsze widać. Według mnie stale prezentowanych jest wiele romantycznych motywów kwiatów i “Angielskiej Wsi” w pastelowych kolorach, co mnie nie dziwi, ponieważ takie wzory nieustannie się sprzedają. Dla kontrastu dużo jest też połyskliwych, gladkich tkanin i tych o geometrycznych wzorach. Oferty producentów są tak szerokie i różnorodne, że każdy coś dla siebie znajdzie. Mnie natomiast zaintrygowały ostatnio tkaniny z metalu – siatki, bardzo piękne i oryginalne, splatane w rozmaite wzory.

Z: A jakie tkaniny będą modne w najbliższym czasie?

JBL: Obserwuję zdecydowanie zwrot ku tkaninom gładkim, bez wzoru, które są bardzo uniwersalne i pasują do modnych dziś minimalistycznych wnętrz. Duży nacisk kładzie się na tkaniny ekologiczne, co wynika ze zmiany naszego stylu życia i rosnącej eko – świadomości. Poznając machinę przemysłu tekstylnego, w tym powiedzmy modowego, widzę jak sztucznie jest napędzany rynek nowymi trendami. Ktoś, gdzieś wymyśli i powie, że w przyszłym roku będziemy nosić łososiowy róż i takimi produktami zasypywany jest rynek. Trzeba też nieźle zapłacić by otrzymać przed zbliżającym się sezonem pakiet promowanych kolorów. Nigdy mnie to nie interesowało, bo projektuje według własnego pomysłu i gustu. Często słyszę od klientów, że chcieliby dany wzór, ale w innym kolorze. Mogę oczywiście zrealizować takie zamówienie, ale generalnie staram się sie nie ulęgać modzie. Po co robić to, co robią wszyscy inni. Myślę, że pojawią się nowe tkaniny na miarę XXI wieku. Pojawiły się już takie kolekcje na wybiegach, choć bardziej w formie eksperymentalnej – gdzie obraz/wzór jest wyświetlany i stale zmienny. Ale czy znajdzie to zastosowanie na większa skale? Nie wiem.

Z: Wróciłaś właśnie z Chin? Czy już pracujesz nad nową kolekcją tkanin?

JBL: W głowie tak, ale jeszcze nie usiadłam nad tym projektem, bo jakoś zawsze ciężko mi po podroży wejść w tryby praca – dom. To była moja trzecia podroż do Chin. Zawsze wracam pełna nowych pomysłów i inspiracji, więc z pewnością coś się z tego w końcu wykluje (śmiech).

Z: Kiedy i gdzie kolejna wyprawa?

JBL: Nie wiem jak odpowiedzieć na to pytanie, bo mnie „ciągnie” gdzieś, zawsze i wszędzie. Gdybym miała nieograniczone możliwości czasowe i żadnych obowiązków rodzinnych, spakowałabym plecak i kupiła bilet w jedna stronę. Na razie nic nie planuję, bo wyczerpałam ostatnio cierpliwość mojego męża (śmiech), który zajmuje sie domem i firma podczas moich wypraw. Myślę, że w kolejną podróż zabiorę też moje dzieci ponieważ są już w takim wieku, że można je wziąć na jakąś mniej hotelową wyprawę. Stale mnie pociąga Azja – Tybet, Mongolia, Wietnam, Indie, a od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie Alaska. Chciałabym też zwiedzić inne kraje Europy. Uwielbiam lotniska, dworce, ludzi, całą tą szamotaninę z bagażami i bycie w tranzycie. Chyba w poprzednim życiu byłam nomadem. Lubię się przemieszczać i po dłuższym czasie spędzonym w jednym miejscu zaczynam sie niecierpliwić i być nie do zniesienia dla najbliższego otoczenia (śmiech).

Z: Twoje tkaniny są głównie dedykowane do wnętrz, a co z modą? Chciałabyś projektować tkaniny przeznaczone na ubrania? Dla jakiego projektanta chciałbyś zaprojektować ekskluzywną tkaninę?

JBL: Właśnie dlatego lubię tkaniny – za ich uniwersalność. Granice miedzy tym, w co ubrać wnętrze, a w co człowieka są bardzo płynne. Współpracowałam w zeszłym roku z projektantem w Barcelonie, który robił film – reklamę, a który absolutnie popadł w uwielbienie dla moich tkanin. Zrobiono z nich dwie suknie – jedną w stylu barokowym, a druga współczesną oraz buty. Pojechałam na sesję, aby uczestniczyć w filmowaniu i bardzo mnie to wciągnęło. Mam kilka projektów kostiumów, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie… Gdybym natomiast miała zaprojektować tkaninę dla ikony mody to musiała by to być Vivienne Westwood. Szanuje i podziwiam jej głęboką świadomość i reakcję na problemy społeczne, polityczne i środowiskowe oraz jej działalność charytatywne. Bardzo odważna projektantka pokazująca swoje poglądy poprzez swój styl.

Z: W wywiadach otwarcie mówisz o depresji, która pojawiał się po porodzie. Kiedyś czytałam książkę, w której autorzy dokonali podziału różnych stanów emocjonalnych zaczynając od depresji a kończąc na bezwarunkowej miłości. Ich skala opisywała, o ile dobrze pamiętam ponad 20 punktów. Mnie najbardziej zainteresowało i jednocześnie zapadło w pamięć jedno. Otóż zainteresowało mnie, co oddziela pozytywne stany emocjonalne od tych destrukcyjnych, – co powoduje, że człowiek przechodzi na „drugą stronę mocy”. Otóż zdaniem autorów jest to nuda. Co o tym myślisz?

JBL: Zgadzam się. Nuda jest w zasadzie bardzo twórcza, ale tylko wtedy, jeśli mamy możliwość z niej fizycznie wyjść po jakimś czasie. W takiej właśnie pustce, jak ja to nazywam w stanie “pomiędzy” powstają często najwspanialsze dzieła. Ludzki mózg nie jest natomiast stworzony do trwania w permanentnej nudzie. Już u dzieci można zaobserwować taki proces. Jeśli wyłączymy dziecku komputer lub telewizor na kilka minut, to dziecko z nudy, zaraz coś sobie wymyśli – zrobi z kijka lalkę albo miecz, wytnie coś z papieru. Myślę, że nigdy z tego nie wyrastamy. U mnie depresja była wynikiem narzuconej rutyny – takiego domowego więzienia i permanentnego niewyspania. Nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, czym jest macierzyństwo dopóki sam tego nie przeżyje. Jako osoba ceniąca sobie wolność i własną przestrzeń, nagłe przywiązanie do pieluch, karmienia i nocnego wstawania było czymś w rodzaju tortury. Ale myślę, że głównym powodem było wieczne zmęczenie- co jak wiadomo czyni z człowieka wariata i zaciera zdolność do racjonalnej oceny sytuacji. Do tego dochodzą szalone hormony, nowe obowiązki i nowe emocje: bezwarunkowa miłość, zupełnie nowe poczucie ogromnej odpowiedzialności i winy, że sobie z tym nie radzę. Ten cały koktajl emocjonalny kompletnie mnie wytrącił z równowagi. Dodatkowo pobyt poza granicami własnego kraju bez zaplecza rodzinnego – bez mojej własnej mamy, ciotek i bliskich przyjaciółek „ułatwił” mi tylko przejście na „ciemna stronę”. Ale to właśnie w trakcie bycia po tej drugiej stronie rozpoczął się proces twórczy, który stał się moją prywatną ucieczka od codzienności. Uratował mnie też ogród. Z pasją wykopywałam i sadziłam rośliny większe i cięższe ode mnie, a w nocy z latarką przycinałam roże (śmiech). Czułam, że taka terapia, choć robiłam to zupełnie intuicyjnie, wyciąga mnie z dołu. Zawsze powtarzam, że nie spotkałam nigdy nieszczęśliwego ogrodnika – bo chyba na każdego człowieka tak kojąco, wręcz leczniczo działa obcowanie z natura i wysiłek fizyczny. Przeczytałam wiele na temat depresji, bo coraz więcej ludzi na nią cierpi, a może po prostu coraz więcej sie o tym mówi… Ja o mojej nie wiedziałam przez dłuższy czas, bo wydawało mi się, że matka, która ma depresję poporodową odrzuca swoje dziecko, a ja czegoś takiego zupełnie nie doświadczyłam. Wręcz przeciwnie, chodziłam z Alenem wczepionym we mnie przez większość dni i nocy, bo strasznie płakał, a ja często z nim – z niemocy i wycieńczenia. Miałam natomiast silną potrzebę bycia samej. I tu pojawiał się konflikt i obarczanie siebie samej winą za coś tak zupełnie normalnego. Każdy potrzebuje ucieczki choćby na chwilę i czasu na to, by zrobić coś tylko dla siebie. Ale cieszę sie, że przeszłam przez ten etap, gdyż wiele mnie to doświadczenie nauczyło, głównie na temat własnej psychiki i własnych ograniczeń. Wiem, że nie wolno mi dopuścić to takich sytuacji, w których nie mam, od czasu do czasu, miejsca tylko dla siebie. Nauczyłam też, że bycie szczęśliwym zależy od nas samych i od tego jak zareagujemy na daną sytuacje.

Z: Dziękuję za rozmowę.

Więcej projektów Julii możecie zobaczyć na:  http://juliabrendel.com/

4 3 2